

Do każdego wyjazdu, nawet najkrótszego staram się jak najdokładniej przygotować. Sprawdzam odległości, lokalny transport publiczny, czy nawet sklepy polecane przez mieszkańców. Oczywiście najważniejszą rzeczą są zabytki, małe perełki i dobre jedzonko! Z każdego miejsca staram się wycisnąć jak najwięcej i nie ryzykuję nieznanych miejsc, które mogą okazać się niewypałem. Zwłaszcza, gdy jest na to mało czasu. Tak było w przypadku naszego pierwszego wieczoru w Albanii i powrotnego poranka. Przylecieliśmy do Tirany i stamtąd też wracaliśmy, więc mieliśmy dosłownie chwilkę na wykorzystanie potencjału tego miasta. Zapraszam na wpis z serii Gdzie zjeść: jeden dzień w Tiranie!
Gdy rozpoczynałam mój regularny research, zaskoczyło mnie jak… mało wiem o albańskiej kuchni. Niby jest to nieobcy mi kraj, położony tak blisko Chorwacji, do której tak często jeździłam! I okazuje się, że nie znając tej kuchni, jednocześnie znam smaki, które wpłynęły na dzisiejszą kuchnię tego miejsca. Łączy w sobie cechy śródziemnomorskie, bałkańskie i bliskowschodnie. Jednocześnie połączenia te sprawiły, że są to dania unikalne i bardzo sezonowe i świeże. Dzięki temu zachowała lekkość, większą niż kuchni bałkańskiej i mniejszą ostrość niż smaki bliskowschodnie.


Kuchnia albańska opiera się na świeżości, kwaskowatości i aromatycznych przyprawach. Fakt, że mięso jest tu spożywane dosyć intensywnie przyprawione, jednak zawsze towarzyszą mu cudne warzywa, intensywny świeży ser i ciepłe wypieki. To ostatnie było oczywistym śniadaniowym wyborem! Przed wyjazdem na wybrzeże poza szybkim śniadaniem hotelowym, które wybraliśmy głównie ze względu na czas i wygodę, zgarnęliśmy najpopularniejszy albański streetfoodowy wypiek.
Zanim gorący byrek z piekarni rozgrzał nasze żołądki, wspomnę o śniadaniu. Nie wybraliśmy hotelu z kuchnią europejską i szwedzkim stołem, a mały pensjonat z lokalnym śniadaniem kontynentalnym. I był to dobry wybór, bo nawet tam dostaliśmy typowy albański posiłek przygotowany przez uroczą starszą panią. Składał się on z lekkiego placka, świeżych warzyw, jajek i gjizë, czyli tradycyjnego lokalnego sera wytwarzanego z serwatki pozostałej po produkcji innych serów. Konsystencją przypominał nieco włoską ricottę lub bardzo drobno zmielony twaróg, ale jednocześnie był bardziej słony i nawet lekko kwaskowy. Tak zaintrygował mnie ten smak, że wybierając byrka z małej piekarni, do której nieustannie wpadał jakiś lokalny mieszkaniec (mogliśmy ją obserwować z okna naszego pokoju), zdecydowałam się właśnie na to serowe nadzienie. A sam byrek? To wypiek z ciasta filo i możemy go spotkać w wersjach ze szpinakiem, warzywami i mięsem.
Wypiek ten nasycił nas podczas podróży do Vlory, gdzie udaliśmy się tylko na kawę i słodką przekąskę, a później już tylko na kolację.
Nawet wrzesień w Albanii jest upalną porą, więc okolice południa są niezwykle gorące, a słońce nadal mocno praży. Dlatego szukając ochłody wybraliśmy się na zimną kawę. Znaleźliśmy ją w Komiteti Bar i dobraliśmy do niej typową albańską przekąskę. Yapraki to młode liście winorośli faszerowane ryżem z dodatkiem mięsa i świeżych ziół jak mięta, czy koperek. Przyprawione są solą, oliwą i sokiem z cytryny i podawane są również na ciepło, ale my wybraliśmy zimną, wegetariańską opcję. Yapraki są delikatne i wbrew pozorom bardzo aromatyczne. Liście winorośli nadają charakterystyczną, lekko kwaskową nutę, która świetnie komponuje się z ryżem i świeżymi ziołami. Po powrocie z podróży dowiedziałam się, że w Grecji podobna przystawka funkcjonuje pod nazwą dolmades, ale te albańskie swymi korzeniami sięgają aż Imperium Osmańskiego!











I tak jak nakreślałam Wam burzliwą historię tego kraju w poprzednich wpisach, tak też jest ona widoczna w różnorodności kuchni. Pierwsi mieszkańcy tych terenów, Ilirowie, zajmowali się hodowlą owiec i kóz oraz uprawą zbóż. Po podboju tych terenów przez Greków i Rzymian zaczęto uprawiać winorośle, produkować oliwę i wytwarzać sery. Ale to czasy Imperium Osmańskiego przyniosło te najpopularniejsze potrawy, jedzone do dzisiaj: wspomniany byrek, japraki, baklawę, czy grillowane mięsa.
Na kolację pierwszego dnia w tym kraju chcieliśmy spróbować czegoś typowego, a jednocześnie doświadczyć wyjątkowej kolacji w Tiranie. I udało się nam! Gdy przybyliśmy do Odas Garden, przed wejściem czekała nas niemała kolejka, która jednak sprawnie się zmniejszała dzięki świetnemu zaangażowaniu kierownika sali. Cudownie się nami zaopiekował, pamiętał każdego gościa w naprawdę dużym ogrodzie i rozsadzał stoliki tak, aby każdy mógł jak najszybciej usiąść i oddać się cudownemu jedzeniu. A mówiąc cudowne nie przesadzam! Wybraliśmy kilka różnych dań tak, aby wspólnie spróbować jak najwięcej smaków. Postawiliśmy oczywiście na grillowane mięsa – esencję albańskiej kuchni.







Qofte Shtëpie to klopsiki z mielonego mięsa. Shtëpie znaczy domowe i też tak smakowały! W Odas Garden są przygotowywane z wołowiny i podawane z sosem jogurtowym. Zostając przy grillu, dobraliśmy do tego Patëllxhan i mbushur me perime, czyli grillowanego bakłażana, faszerowanego mieszanką pomidorów, cebuli, papryki i oczywiście ziół. To był bardzo śródziemnomorski akcent albańskiej kuchni. Całą kolację uzupełniliśmy świeżymi warzywami, bo sałatki to obowiązkowy dla mnie dodatek! W Albanii warzywa są wyjątkowo ważne i często stanowią równorzędny element posiłku, a nie jedynie dekorację talerza. Ucztę dopełniliśmy lekkim, białym winem domowym, a zakończyliśmy bardzo aromatycznym deserem!
Shëndetlije to jeden z najbardziej tradycyjnych albańskich deserów. Nazwa pochodzi od słowa „shëndet”, czyli „zdrowie”. Historycznie był to wypiek przygotowywany na święta, wesela i ważne rodzinne uroczystości. Czyli idealnie na pierwszy wieczór w tym niesamowitym kraju! To nasączone i mocno wilgotne ciasto przypominało nam trochę baklawę przez obecność miodu i orzechów, jednak o zupełnie innej teksturze.
Wszystkich tych cudowności doświadczyliśmy przy muzyce na żywo, śpiewie i tańcach!







Ta całodniowa propozycja to kulinarna podróż przez najważniejsze smaki albańskiej stolicy i nie tylko. Od śniadaniowego byrka z charakterystycznym serem gjizë, przez lekkie i kwaskowe yapraki, aż po wieczorną ucztę w Odas Garden z domowymi qofte shtëpie, grillowanym, faszerowanym bakłażanem, świeżymi warzywami i tradycyjnym deserem shëndetlije. W ciągu zaledwie jednej doby udało nam się nieco zasmakować historii Albanii. Wpływów śródziemnomorskich, bałkańskich i osmańskich na ten kraj, które spotykają się na jednym talerzu!
