
Dzisiejszy wpis zacznę od pytania, które raczej skieruję do osób spoza Śląska. Bo obawiam się, że mieszkańców Śląska mogłabym nim nawet obrazić 😀 Czy znacie jedną z popularniejszych katowickich dzielnic, a zarazem osiedle? Sławne z czerwonych okiennic, kontrastujących z surowością cegły, miejsce to jest charakterystycznym widokiem ze śląskich pocztówek czy książek o tym regionie. Nikiszowiec – bo to o nim mowa, przyciąga zarówno osoby mieszkające tutaj jak i turystów spoza regionu, czy nawet kraju! Jak się możecie domyślać, byłam tu nieraz, ale co nowego tym razem przyniosła prawdziwie śląska sobota?
Nikiszowiec to nie jest zwyczajne osiedle. Zostało zaprojektowane przez kuzynów architektów: Emila Zillmanna i Georga Zillmanna z ideą miasta w miniaturze – takiego miejsca, które zaspokoi wszystkie potrzeby górników pracujących w Kopalni Wieczorek. Zaplanowany jako 9 zamkniętych kwartałów z miejską infrastrukturą pod ręką. Centralnym punktem jest plac z kościołem św. Anny, który stanowi serce całej dzielnicy.









Układ osiedla nie jest przypadkowy! Kwartały ustawione są w logicznej siatce ulic, a wszystkie drogi prowadzą do…tym razem nie Rzymu 😀 Ale do centralnie ułożonego rynku z Kościołem św. Anny. Funkcje usługowe, które miały zapewniać każdą potrzebę, rozmieszczono tak, żeby były zawsze „po drodze”. To było małe miasto, gdzie wszystko było pod ręką, zanim takie zamknięte osiedla stały się popularne.
Każdy pierścień budynków posiada dziedziniec z podwórkiem, na którym toczyło się życie, bez ulicznego ruchu i miejskiego zgiełku. Dzisiaj wprawdzie ten krajobraz zdominowany jest przez wszechobecne samochody, ale dziedzińce i charakterystyczne bramy przetrwały. Te powtarzalne kwartały, czerwone cegły i symetryczne okna tworzą coś wyjątkowego i hipnotyzującego. Nie bez powodu Nikiszowiec wygląda dziś jak perfekcyjnie skadrowane zdjęcie nawet bez filtra!
Tutaj spotykamy się z totalnym paradoksem – bo o ile to osiedle jest znane na cały Śląsk, o ile nie kraj, to nie jest oficjalnie wpisany na listę UNESCO. Od 2011 roku uznane jest Pomnikiem Historii, które jest jednym z najwyższym wyróżnień konserwatorskich w Polsce, czy figuruje w rejestrze zabytków, to jednak do statusu UNESCO cały czas widnieje jako poważny, ale wciąż kandydat.
















A jeżeli spędzanie popołudnia w tak kultowym i historycznym miejscu, to oczywiście musi iść w parze z obiadem w odpowiednim klimacie! Wprawdzie kuchnia śląska nie jest dla mnie niczym wyjątkowym, bo oznacza ona dla mnie po prostu domowe obiady mojej babci, to jednak musiałam wybrać się do miejsca, którym wszyscy się wręcz zachwycają! Mowa tu o Śląskiej Prohibicji, która ma już swoje stałe i silne miejsce na gastronomicznej mapie Katowic.
Prohibicja działa już prawie 10 lat! Otwarta została w grudniu 2017 roku i mieści się w dawnym hotelu robotniczym. Idealnie wpisuje się w charakter dzielnicy, bo serwowana tam kuchnia opiera się na solidnych śląskich podstawach, ale jednocześnie daje powiew świeżości. Szef kuchni ma na swoim koncie zarówno wyróżnienia naszego regionu jak i kuchni nowoczesnej co sprawia, że w menu znajdziemy zarówno tradycję jak i nowoczesną formę!











Ja zdecydowałam się na klasyczną formę obiadową, ale jednak nie padło na roladę. Wprawdzie słyszałam mnóstwo fenomenalnych opinii, to jednak gotowanie mojej babci sprawiło, że w mojej głowie królują niedoścignione przyzwyczajenia smakowe, które odnajduję tylko w rodzinnym domu. Dlatego zdecydowałam się na kaczkę, którą uwielbiam! A jak mówimy na kaczkę na Śląsku? Ynta (również enta)! Dawno nie słyszałam tego słowa w użyciu i urzekło mnie, gdy zobaczyłam to słowo w menu <3 Ynta podana była z wyjątkowymi dodatkami, bo na demi glace z suską sechlońską razem z kluskami ze śliwką i klasycznymi buraczkami. Wszystko w smaku było naprawdę wyjątkowe! Kaczka stawiała nieco oporu w krojeniu i gryzieniu, ale jej smak rekompensował tą niedogodność. Buraczki zniknęły z mojej miski zanim się zorientowałam, a demi glace zachwycał smakiem wędzonej śliwki! Był jednak na tyle gęsty, że po krótkiej chwili zrobiła się dosyć zesuszona grubsza warstwa, ale ta wędzoność sprawiała, że chciało się go zeskrobać z talerza. Mimo, że kilka rzeczy w konsystencjach zmniejszyło komfort jedzenia, to chętnie spróbuję innych dań w tym miejscu, smaki deseru czy zapach rosołu niesamowicie mnie zaintrygował. Na pewno wrócę na klasyczne kluski, bo te ze śliwką miały idealnie delikatne ciasto, które rozpływało się w ustach, jednak nadzienia była raczej znikoma ilość. Ale uwaga! Klasycznych klusek śląski do rolady nigdy dosyć, dlatego Prohibicja oferuje ich wręcz nieskończoną liczbę! Jak mówi menu – klusek ile dusza zapragnie, a o dokładkę wystarczy zapytać kelnera!













Nikiszowiec po raz kolejny udowodnił mi, że jest czymś więcej niż tylko pięknym obrazkiem z pocztówki. Ta prawdziwie śląska sobota była spacerem przez historię, architekturę i smaki, które oddają charakter regionu, w którym się wychowałam. Od symetrycznych kwartałów zaprojektowanych jako małe miasto dla górników, przez niezwykły klimat ceglastych uliczek, aż po nowoczesne spojrzenie na śląską kuchnię w Śląskiej Prohibicji. To miejsce, w którym tradycja nie stoi w miejscu, tylko cały czas żyje i zachwyca na nowo. Nikiszowiec pozostaje jedną z najciekawszych pereł Śląska i zdecydowanie warto wracać tu nie tylko dla zdjęć, ale też dla atmosfery, historii i smaków, które zostaną w Waszej pamięci na długo! Nie ma znaczenia, czy jesteście spoza Śląska, czy znacie tu każdy kąt – ta dzielnica Katowic na pewno za każdym razem Was zachwyci. Dajcie znać, czy mieliście okazję odwiedzić to miejsce, a jeżeli mieszkacie w okolicy – czy lubicie i bywacie często na śląskim obiedzie tutaj? A na koniec zostawiam Was z pytaniem – znacie beboki?

